Program gospodarczy Konfederacji opiera się na prostym przekazie: niższe podatki, mniejsze składki, mniej transferów i większa swoboda dla firm oraz pracowników. Ja patrzę na ten zestaw przez jedno, praktyczne pytanie: co zostaje po zderzeniu obietnic z budżetem państwa, długiem i obowiązkowymi wydatkami, których nie da się wyłączyć jednym głosowaniem. W tym tekście rozbijam program na kluczowe elementy, pokazuję jego finansowe mocne i słabe strony oraz odpowiadam wprost, gdzie ten model ma sens, a gdzie zaczyna się arytmetyczny problem.
Najkrótsza odpowiedź jest prostsza niż slogan
- Ideowo program Konfederacji jest spójny, bo wszystkie postulaty idą w stronę mniejszego państwa i niższych danin.
- Fiskalnie całość nie domyka się łatwo, bo kilka kluczowych reform oznacza ubytek liczony w dziesiątkach miliardów złotych rocznie.
- Najdroższa pozycja to podniesienie kwoty wolnej do 60 tys. zł, które samo w sobie kosztuje około 55,9 mld zł rocznie.
- Największe ryzyko niesie dobrowolny ZUS, bo przenosi ciężar na przyszłe świadczenia i może osłabić stabilność systemu emerytalnego.
- Najbardziej realne są te elementy, które upraszczają system, likwidują drobne wyjątki i zmniejszają biurokrację.
- Mój wniosek jest prosty: to program częściowo sensowny kierunkowo, ale nie w pełni policzony po stronie finansów publicznych.
Na czym polega gospodarczy rdzeń Konfederacji
Program gospodarczy Konfederacji jest w gruncie rzeczy klasycznym pakietem liberalnym: mniej państwa w gospodarce, prostsze podatki, ograniczenie redystrybucji i większa odpowiedzialność po stronie obywatela oraz przedsiębiorcy. W praktyce wracają tu te same motywy: obniżenie PIT i innych danin, likwidacja części opłat i podatków, ograniczenie świadczeń o charakterze powszechnym oraz większa swoboda działania dla firm.
Taki program jest spójny ideowo, bo wszystkie jego elementy ciągną w jedną stronę. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy trzeba odpowiedzieć nie na pytanie „czy to brzmi atrakcyjnie?”, tylko „kto za to zapłaci i z czego?”. I właśnie tutaj finansowa spójność staje się ważniejsza niż sam polityczny przekaz.
Warto od razu rozróżnić dwie rzeczy: redukcję kosztów działania państwa i zwiększanie dochodu rozporządzalnego obywateli. To nie zawsze jest to samo. Niższy podatek lub składka daje ludziom więcej pieniędzy w kieszeni, ale dla budżetu oznacza mniejszy wpływ, chyba że równolegle spadają wydatki albo gospodarka rośnie szybciej niż zakładano.
Tyle teorii. Żeby ocenić program uczciwie, trzeba zejść poziom niżej i zobaczyć, które propozycje naprawdę obciążają budżet, a które są tylko ładnym hasłem.

Gdzie budżet najłatwiej się nie spina
Największy problem nie leży w jednym pomyśle, tylko w sumie kilku dużych zmian. Gdy położę obok siebie główne postulaty gospodarcze Konfederacji, widać wyraźnie, że część z nich oznacza trwały ubytek dochodów, a część daje oszczędność, ale zwykle nie na taką skalę, by automatycznie zbilansować cały pakiet.
| Postulat | Wpływ na finanse publiczne | Dlaczego to ważne |
|---|---|---|
| Kwota wolna 60 tys. zł | Około 55,9 mld zł rocznie mniej dochodów | To największy pojedynczy koszt w całym pakiecie |
| Likwidacja podatku Belki | Ubytek rzędu 9-10 mld zł rocznie przy pełnej likwidacji | Dochód z tego podatku jest stały, więc strata też byłaby stała |
| Dobrowolny ZUS dla przedsiębiorców | Brak jednego prostego kosztorysu, ale wysokie ryzyko przesunięcia kosztów na budżet i przyszłe świadczenia | To nie tylko ulga dla firmy, ale też zmiana całego systemu zabezpieczenia społecznego |
| Likwidacja 13. i 14. emerytury | Oszczędność rzędu prawie 30 mld zł rocznie | To duża pozycja oszczędnościowa, ale nadal za mała wobec kosztu samej kwoty wolnej |
| Likwidacja części mniejszych podatków i opłat | Efekt zależy od konkretnej listy danin | Hasło brzmi dobrze, ale bilans trzeba liczyć oddzielnie dla każdej pozycji |
Z samej arytmetyki widać więc coś bardzo ważnego: program nie wywraca się na jednym elemencie, tylko na sumie wielu kosztownych zmian po stronie dochodów. Jednocześnie oszczędności po stronie wydatków, choć realne, nie wyglądają na tyle duże i pewne, by bezpiecznie domknąć całość bez dodatkowych cięć albo większego długu.
To prowadzi do kolejnego pytania: które elementy są sensowne jako kierunek reformy, a które budzą największy opór, nawet jeśli politycznie brzmią dobrze.
Które propozycje mają sens, a które są najbardziej ryzykowne
Co ma sens kierunkowo
Najbardziej przekonują mnie te fragmenty programu, które upraszczają system i zdejmują z niego zbędne warstwy. Likwidowanie małych, kosztownych wyjątków, porządkowanie podatków, ograniczanie biurokracji czy redukcja źle zaprojektowanych danin to rzeczy, które mogą poprawiać warunki prowadzenia działalności bez natychmiastowego rozbijania finansów publicznych.
- Uproszczenie przepisów zwykle zwiększa przewidywalność dla firm.
- Cięcie drobnych opłat bywa mniej bolesne niż wielkie, symboliczne reformy.
- Deregulacja może poprawić tempo inwestycji, ale działa wolniej niż hasło wyborcze.
To jest ten fragment programu, który ma największą szansę obronić się także bez rewolucji w budżecie. Słabiej wygląda natomiast wszystko, co od razu generuje duży i trwały ubytek dochodów państwa.
Przeczytaj również: Ile dzieci ma Grzegorz Braun? Odkryj mało znane fakty o jego rodzinie
Co budzi największe ryzyko
Najbardziej ryzykowne są trzy rzeczy: pełna kwota wolna na poziomie 60 tys. zł, całkowita likwidacja podatku Belki oraz dobrowolny ZUS w szerokiej skali. Każdy z tych elementów sam w sobie jest poważnym ruchem, a razem tworzą pakiet, którego nie da się łatwo zamknąć w ramach „oszczędności z lepszej organizacji państwa”.
Częsty błąd przy takich programach polega na wierze w tak zwane dynamiczne liczenie skutków budżetowych. To znaczy w założenie, że niższe podatki same uruchomią tak silny wzrost gospodarczy, iż dodatkowe wpływy pokryją koszt reformy. Takie podejście bywa częściowo prawdziwe przy mniejszych zmianach, ale przy pakiecie tej skali byłoby po prostu zbyt wygodne, żeby uznać je za pełny plan finansowania.
Dochodzi jeszcze jeden problem: w sektorach takich jak zdrowie czy edukacja bon nie usuwa kosztu, tylko zmienia sposób finansowania. Jeśli państwo nadal ma zapewniać usługę, to pytanie nie brzmi, czy koszt zniknie, ale czy zostanie przeniesiony, ograniczony albo lepiej wykorzystany. I właśnie dlatego trzeba sprawdzić, jakie warunki musiałyby zostać spełnione, żeby taki pakiet w ogóle miał szansę działać.
Co musiałoby się wydarzyć, żeby taki pakiet zadziałał
Nie można też udawać, że startujemy z wygodnego punktu. Według Ministerstwa Finansów deficyt budżetu państwa w 2026 r. ma nie przekroczyć 271,7 mld zł, a dług EDP na koniec 2025 r. wyniósł 2,335 bln zł. GUS podał z kolei, że deficyt sektora rządowego i samorządowego w 2025 r. sięgnął 283,969 mld zł, czyli 7,3 proc. PKB. Przy takich liczbach każdy nowy, trwały ubytek dochodów musi mieć twarde źródło pokrycia.
- Najpierw muszą pojawić się konkretne cięcia wydatków, a nie tylko ogólne hasła o „mniejszym państwie”. Bez tego reforma podatkowa od razu zwiększa deficyt.
- Zmiany powinny być etapowane. Jednorazowe wprowadzenie kilku drogich ulg naraz jest politycznie efektowne, ale budżetowo najbardziej niebezpieczne.
- Trzeba wskazać źródła kompensacji, czyli powiedzieć wprost, które programy znikają, które są ograniczane i które wydatki przestają rosnąć w obecnym tempie.
- Nie wolno opierać całego rachunku na wzroście. Lepsza koniunktura pomaga, ale nie zastępuje kosztorysu.
Jeśli te warunki nie są spełnione, program przestaje być reformą finansów publicznych, a staje się zbiorem życzeń o niższym podatku. Wtedy nawet dobra intencja nie zmienia faktu, że ktoś musi sfinansować różnicę.
Najuczciwsza ocena brzmi więc tak: potrzeba więcej konkretu niż w klasycznym hasle wyborczym. To ważne nie tylko dla przeciwników Konfederacji, ale też dla jej sympatyków, którzy chcą wiedzieć, czy patrzą na realny plan, czy na politycznie atrakcyjny szkic.
Gdzie kończy się obietnica, a zaczyna rachunek
Mój werdykt jest prosty: program Konfederacji jest spójny ideowo, ale finansowo nie domyka się w obecnym kształcie. Największy problem tworzy suma ulg podatkowych i składkowych, która szybko rośnie do kwot liczonych w dziesiątkach miliardów złotych rocznie, podczas gdy oszczędności po stronie wydatków nie są równie łatwe do zrealizowania politycznie.
Najbliżej finansowej realności są te elementy programu, które porządkują system, likwidują drobne wyjątki i upraszczają przepisy. Najmniej wiarygodne są natomiast wielkie, stałe cięcia dochodów bez równie dużego i konkretnego cięcia wydatków.
Jeśli miałbym oceniać taki program jako czytelnik, pytałbym zawsze o trzy rzeczy: ile to kosztuje rocznie, co dokładnie znika z wydatków i czy obietnica opiera się na stałych oszczędnościach, czy na nadziei, że gospodarka sama to sfinansuje. Bez tych odpowiedzi nawet atrakcyjny pakiet podatkowy zostaje raczej manifestem niż domkniętym planem gospodarczym.
