Debata o likwidacji Funduszu Kościelnego, renegocjacji konkordatu i postulatach Lewicy nie jest dziś tylko sporem o jedną pozycję w budżecie. W praktyce chodzi o to, czy państwo ma dalej finansować składki części duchownych, jak rozumieć historyczną rekompensatę za majątek przejęty w PRL i gdzie przebiega granica między zwykłą nowelizacją ustawy a zmianą całego modelu relacji państwo–Kościół. W tym tekście rozkładam temat na części: od tego, jak fundusz działa teraz, przez realne propozycje Lewicy, po polityczne i prawne bariery, które sprawiają, że łatwo o hasło, a trudno o ustawę.
Najkrócej rzecz ujmując, spór dotyczy nie tylko pieniędzy, ale modelu relacji państwa z Kościołem
- Fundusz Kościelny nadal działa i w dużej mierze pokrywa składki emerytalno-rentowe duchownych.
- Lewica chce jego likwidacji i zastąpienia mechanizmem, który będzie prostszy i bardziej przejrzysty, najczęściej mówi się o odpisie podatkowym.
- Renegocjacja konkordatu to szerszy krok niż sama likwidacja funduszu, bo dotyka umowy międzynarodowej i całego układu państwo–Stolica Apostolska.
- Największy problem to nie sam pomysł, lecz zgoda polityczna, sposób finansowania przejścia i tempo prac rządu.
- W praktyce najbardziej realne są rozwiązania etapowe: reforma funduszu, nowy model finansowania albo wygaszanie obecnego systemu.

O co naprawdę toczy się spór
Jeżeli patrzę na tę debatę bez politycznego szumu, widzę trzy oddzielne poziomy problemu. Pierwszy to pieniądze, czyli pytanie, czy budżet państwa ma dalej opłacać składki części duchownych. Drugi to zasada: czy takie finansowanie ma charakter historycznej rekompensaty, czy raczej stało się anachronizmem, który dawno przestał odpowiadać rzeczywistości. Trzeci poziom jest najbardziej drażliwy, bo dotyczy już nie samego funduszu, ale relacji państwa z Kościołem katolickim i innymi związkami wyznaniowymi.
To dlatego ten temat regularnie wraca jako coś więcej niż techniczna poprawka w budżecie. Dla Lewicy jest to test wiarygodności świeckiego państwa. Dla części koalicji rządzącej - sprawa do uporządkowania, ale bez otwierania konfliktu światopoglądowego. Dla przeciwników - symboliczna granica, której nie warto przesuwać pochopnie. I właśnie z tego zderzenia interesów bierze się cały ciężar sporu.
W praktyce najważniejsze jest więc nie samo hasło, tylko odpowiedź na pytanie, czy państwo chce tylko skorygować jeden instrument finansowy, czy też przeprojektować całą architekturę współpracy z Kościołem. Od tego zależy, jak trzeba pisać ustawę i z kim trzeba ją uzgadniać dalej.
Jak dziś działa Fundusz Kościelny
MSWiA podaje, że Fundusz Kościelny jest dziś wyodrębnioną pozycją w budżecie państwa, a jego środki mogą trafiać m.in. na działalność charytatywno-opiekuńczą i ochronę zabytków sakralnych. Historycznie został powołany ustawą z 20 marca 1950 roku jako forma rekompensaty za przejęte przez państwo nieruchomości kościelne. To ważne, bo bez tego kontekstu łatwo błędnie uznać fundusz za zwykłą, współczesną dotację na ogólną działalność religijną.
W obecnym modelu najważniejsze jest jednak coś innego: około 95 procent wydatków Funduszu Kościelnego idzie na składki na ubezpieczenia społeczne osób duchownych. To oznacza, że w debacie publicznej fundusz często bywa opisywany jako „pieniądze dla Kościoła”, ale w praktyce pełni on głównie funkcję osłonową wobec systemu ubezpieczeń. Korzystają z niego nie tylko katolicy, ale też inne legalnie działające związki wyznaniowe.
W 2026 roku resort nadal utrzymuje mechanizm dotacyjny, a sama instytucja pozostaje działającym narzędziem administracyjnym, które można zlikwidować wyłącznie decyzją polityczną i ustawową. I właśnie dlatego każdy pomysł reformy musi zacząć się od odpowiedzi na to, co zastąpi obecny system.
Skoro wiemy już, jak fundusz działa w praktyce, łatwiej zrozumieć, dlaczego propozycje Lewicy nie kończą się na prostym „zamknijmy konto i po sprawie”.
Co proponuje Lewica i skąd pomysł renegocjacji konkordatu
Jak informowała PAP, szefowa klubu Lewicy Anna Maria Żukowska zapowiedziała przedstawienie propozycji związanych z finansowaniem Kościoła i likwidacją Funduszu Kościelnego. To nie był jedynie gest medialny. Chodziło o pokazanie, że po miesiącach dyskusji partia chce przejść od deklaracji do konkretnego projektu. W tym samym czasie wrócił też drugi wątek: szersze porządki w relacjach państwa z Kościołem, czyli właśnie renegocjacja konkordatu.
W mojej ocenie właśnie tutaj pojawia się najczęstsze nieporozumienie. Likwidacja funduszu i renegocjacja konkordatu to nie to samo. Pierwsze dotyczy konkretnej pozycji budżetowej i może być rozwiązane ustawą. Drugie oznacza rozmowę o zasadach współpracy między Polską a Stolicą Apostolską, a więc o czymś dużo bardziej rozległym i politycznie wrażliwym. Gdy politycy mieszają te dwa poziomy, debata staje się głośniejsza, ale mniej precyzyjna.
Lewica buduje tu kilka argumentów naraz. Po pierwsze, fundusz ma już dziś inny charakter niż pierwotnie zakładana rekompensata za przejęty majątek. Po drugie, obecny system jest mało czytelny dla podatnika. Po trzecie, bardziej nowoczesny model finansowania - na przykład odpis podatkowy - miałby zastąpić politykę dotowania z góry i bezpośrednio z budżetu. I po czwarte, temat ma też wymiar symboliczny: dla Lewicy świeckie państwo nie powinno utrzymywać mechanizmu, który wielu wyborców odczytuje jako uprzywilejowanie jednej sfery życia publicznego.
To brzmi spójnie, ale dopiero kolejna kwestia pokaże, gdzie zaczynają się schody: czy taki plan da się w ogóle przeprowadzić bez naruszenia obowiązujących ram prawnych.
Czy likwidacja funduszu wymaga zmiany konkordatu
Tu warto rozdzielić emocje od prawa. Sam Fundusz Kościelny nie powstał na mocy konkordatu, tylko na podstawie ustawy z 1950 roku. Konkordat między Stolicą Apostolską a Rzecząpospolitą Polską to osobna umowa międzynarodowa, obowiązująca od 25 kwietnia 1998 roku. Z tego wynika prosty wniosek: jeżeli celem jest wyłącznie likwidacja funduszu jako instrumentu ustawowego, nie trzeba zaczynać od wypowiadania czy zmiany konkordatu.
Inaczej wygląda sytuacja, gdy reforma ma objąć całość zasad finansowania Kościoła katolickiego albo nowe rozwiązania miałyby zastąpić obecny model na dłużej. Wtedy rozmowa o konkordacie staje się mniej politycznym hasłem, a bardziej prawną koniecznością. To nie jest droga łatwa, bo umowy międzynarodowej nie zmienia się tak samo jak zwykłej ustawy budżetowej. Potrzebna jest zgoda obu stron, a po stronie polskiej także spójność koalicji i jasny projekt przejściowy.
Dlatego ja czytam hasło o renegocjacji konkordatu raczej jako zapowiedź większej przebudowy systemu, a nie jako niezbędny warunek techniczny do samej likwidacji funduszu. To ważne rozróżnienie, bo od niego zależy, czy mówimy o reformie możliwej w jednej kadencji, czy o wieloletnim sporze negocjacyjnym. A to z kolei prowadzi do najpraktyczniejszego pytania: jak wyglądają realne warianty takiej zmiany.
Jakie są realne warianty reformy
Gdybym miał uprościć cały spór do kilku modeli, wyglądałoby to tak:
| Wariant | Co się zmienia | Plusy | Ryzyka |
|---|---|---|---|
| Likwidacja funduszu i nowe przepisy przejściowe | Znosi się obecny mechanizm i ustala zasady wygaszania składek | Najczytelniejszy sygnał polityczny, prostszy przekaz dla wyborców | Trzeba szybko rozwiązać sprawę ubezpieczeń duchownych |
| Odpis podatkowy zamiast funduszu | Podatnik sam decyduje, czy część podatku trafia do wyznania | Większa przejrzystość i mniejsza rola budżetowej centralizacji | Wpływy zależą od aktywności podatników, więc system może być mniej przewidywalny |
| Renegocjacja konkordatu i szersza reforma | Zmieniają się zasady współpracy państwa i Kościoła katolickiego | Porządkuje system na dłużej i daje większą spójność | Najdłuższa i najbardziej konfliktowa ścieżka polityczna |
Najbardziej realistyczny jest zwykle wariant pośredni: najpierw likwidacja funduszu albo jego głęboka reforma, potem nowy system finansowania, a dopiero na końcu szersze rozmowy o konkordacie, jeśli rzeczywiście okażą się potrzebne. To rozwiązanie mniej spektakularne, ale za to znacznie bardziej wykonalne. I właśnie tego typu pragmatyzmu najbardziej brakuje w gorących sporach o relacje państwo–Kościół.
Jakie byłyby skutki dla budżetu, duchownych i Kościołów
Najprostsza odpowiedź brzmi: państwo nie zyskuje tu cudownych oszczędności, ale zyskuje możliwość uporządkowania systemu. W 2025 roku mowa była o 275 mln zł przeznaczonych na Fundusz Kościelny, a gros tych pieniędzy szło na składki społeczne duchownych. To ważne, bo po likwidacji funduszu ktoś musi przejąć finansowanie tych zobowiązań albo system musi zostać przeprojektowany tak, by nie zostawiać ludzi bez ochrony.
Tu właśnie widać, dlaczego proste hasło „zlikwidować” bywa politycznie atrakcyjne, ale administracyjnie niewystarczające. Duchowni, siostry zakonne czy inni uprawnieni nie znikają z systemu ubezpieczeń tylko dlatego, że zmieni się nazwa funduszu. Potrzebne są reguły przejściowe, terminy, wskazanie płatnika składek i odpowiedź na pytanie, co z osobami, które już dziś korzystają z tego mechanizmu.
Trzeba też pamiętać o jednym często pomijanym szczególe: fundusz obejmuje wszystkie legalnie działające związki wyznaniowe. Dlatego reforma nie może być projektowana wyłącznie pod Kościół katolicki, bo to od razu tworzy zarzut nierównego traktowania. Z redakcyjnego punktu widzenia to jest właśnie ten moment, w którym dobra reforma odróżnia się od politycznego sloganu - bierze pod uwagę nie tylko symbol, ale też konsekwencje dla mniejszych wspólnot i dla całego systemu ubezpieczeń.
Jeśli więc ktoś pyta mnie, czy likwidacja funduszu „coś naprawdę zmieni”, odpowiadam: tak, ale tylko wtedy, gdy zmiana obejmie również sposób opłacania składek i zasady przejścia. W przeciwnym razie skończymy z inną nazwą, ale podobnym problemem.
Dlaczego ten temat tak łatwo grzęźnie w polityce
Spór o Fundusz Kościelny jest trudny nie dlatego, że brak dobrych argumentów, ale dlatego, że każda strona patrzy na niego z innego poziomu. Lewica widzi w nim symbol świeckości i sprawdzian wiarygodności koalicji. PSL i część partnerów rządowych widzą przede wszystkim kwestię zabezpieczenia społecznego duchownych i ryzyko konfliktu z Kościołem. Koalicja Obywatelska ma z kolei własną obietnicę zmiany, ale niekoniecznie ochotę na otwartą wojnę o konkordat.
Do tego dochodzi zwykła polityczna arytmetyka. Każdy projekt, który uderza w tak wrażliwy temat, kosztuje więcej niż tylko podpis pod ustawą. Trzeba zbudować większość, przygotować uzasadnienie, obronić je przed krytyką i jeszcze nie rozbić własnego obozu. Z tego powodu wiele reform zaczyna się od mocnych deklaracji, a kończy na wersji okrojonej, rozłożonej w czasie albo odłożonej do „po wyborach”.
To właśnie dlatego najciekawsze nie jest pytanie, kto głośniej mówi o likwidacji funduszu, ale kto ma gotowy model zastępczy. Bez tego temat będzie wracał przy każdej kampanii, kolejnej rekonstrukcji rządu i każdym sporze o świeckość państwa. A skoro tak, to na koniec zostaje już tylko jedno: co z tej debaty warto zapamiętać, gdy opadnie polityczny kurz.
Co z tego wynika dla rządu i wyborców
Najważniejszy wniosek jest prosty: sama likwidacja Funduszu Kościelnego to jeszcze nie reforma, tylko pierwszy ruch. Jeśli rząd chce naprawdę zamknąć ten temat, musi jednocześnie pokazać nowy model finansowania, uczciwy harmonogram i zasady przejściowe dla duchownych oraz związków wyznaniowych. Bez tego każda zapowiedź będzie tylko kolejną wersją tego samego sporu.
- Jeżeli projekt ograniczy się do hasła, temat wróci przy pierwszym większym kryzysie politycznym.
- Jeżeli obejmie nowy mechanizm finansowania, będzie można ocenić go po przewidywalności i prostocie.
- Jeżeli zacznie się od renegocjacji konkordatu, proces będzie dłuższy, ale może uporządkować szerszy system.
Patrzę na tę sprawę przede wszystkim przez pryzmat wykonania, nie deklaracji. W polskiej polityce łatwo powiedzieć, że coś się zlikwiduje, dużo trudniej zapisać to tak, by nie stworzyć nowego chaosu. Jeśli rząd pokaże jedynie symboliczne gesty, debata znów ugrzęźnie. Jeśli jednak pojawi się konkretny, policzony i prawnie domknięty model, wtedy będzie można mówić o realnej zmianie, a nie o kolejnym sezonie politycznego serialu.
