Projekt dotyczący związków partnerskich, przygotowany przez Katarzynę Kotulę z Lewicy, przestał być wyłącznie polityczną deklaracją. Dziś chodzi już o konkrety: jak państwo ma chronić pary żyjące bez małżeństwa, jakie prawa ma dać umowa zawierana u notariusza i gdzie kończy się kompromis, który ma szansę przejść przez parlament. Patrzę na ten temat przede wszystkim przez pryzmat praktyki, bo to właśnie szpital, mieszkanie, podatki i dziedziczenie pokazują, czy ustawa naprawdę coś zmienia.
Najważniejsze fakty o projekcie
- To już projekt rządowy, a nie wyłącznie postulat Lewicy, choć to właśnie Katarzyna Kotula odpowiadała za jego przygotowanie.
- Obecna wersja ma nazwę kompromisową i zamiast klasycznych „związków partnerskich” mówi o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu.
- Umowa ma być zawierana u notariusza i rejestrowana w Urzędzie Stanu Cywilnego.
- Projekt daje konkretne prawa: m.in. wspólne rozliczenie PIT po pełnym roku podatkowym, dostęp do informacji medycznej, prawo do pochówku i ochronę mieszkania.
- Nie jest to małżeństwo i nie obejmuje adopcji ani bieżącej pieczy nad dzieckiem.
- W 2026 roku projekt przeszedł do dalszych prac sejmowych, więc nadal może się zmieniać.
O co naprawdę chodzi w projekcie Kotuli
Najprościej mówiąc, to próba stworzenia w polskim prawie bezpiecznej i formalnej przestrzeni dla osób, które żyją razem, ale nie chcą albo nie mogą zawrzeć małżeństwa. W obecnej wersji nie mówimy już o samym haśle „związki partnerskie”, tylko o umowie o wspólnym pożyciu i statusie osoby najbliższej. To nie jest kosmetyka językowa. W polskiej polityce nazwa bywa częścią negocjacji, a tutaj właśnie ona miała zwiększyć szanse na przejście projektu przez koalicję.
W praktyce projekt obejmuje nie tylko pary jednopłciowe, ale też związki różnopłciowe, które z różnych powodów pozostają nieformalne. I to jest ważne, bo od razu przesuwa debatę z poziomu ideologii na poziom zwykłego życia: kto ma prawo do informacji w szpitalu, kto może korzystać ze wspólnego mieszkania, kto nie zostaje bez żadnego zabezpieczenia po śmierci partnera. To projekt o ochronie codzienności, a nie o politycznym sloganie.
Według komunikatu Gov.pl projekt ma objąć blisko 2 miliony osób żyjących w związkach nieformalnych, więc nie mówimy o niszowym wyjątku, tylko o dużej grupie obywateli. Właśnie dlatego spór o szczegóły jest tak gorący. Żeby jednak dobrze ocenić sens tej ustawy, trzeba zejść z poziomu haseł i zobaczyć, jakie prawa rzeczywiście wchodziłyby do gry. To prowadzi nas do najważniejszej części projektu.
Jakie prawa daje umowa o wspólnym pożyciu
To jest fragment, który najbardziej interesuje ludzi poza polityką, bo właśnie tu ustawa pokazuje swoją realną wartość. Projekt przewiduje kilka bardzo konkretnych skutków prawnych, które mają uporządkować życie par żyjących razem. Nie chodzi o symboliczną deklarację, ale o zestaw narzędzi, które działają wtedy, kiedy życie robi się trudne.
- Majątek. Strony mogą wybrać wspólność majątkową, więc łatwiej uregulować finanse, wspólne wydatki i odpowiedzialność za domowy budżet.
- Podatki. Po pełnym roku podatkowym możliwe ma być wspólne rozliczenie PIT, a między partnerami ma działać zwolnienie z podatku od spadków i darowizn.
- Zdrowie. Projekt daje dostęp do informacji i dokumentacji medycznej, prawo do podejmowania decyzji medycznych oraz możliwość objęcia partnera ubezpieczeniem zdrowotnym.
- Codzienne funkcjonowanie. Strony mają zyskać prawo do korzystania ze wspólnego mieszkania i zasiłku opiekuńczego.
- Śmierć i zabezpieczenie po śmierci. Ustawa przewiduje prawo do pochówku i dziedziczenie testamentowe.
Na papierze może to wyglądać sucho, ale w życiu codziennym te punkty rozstrzygają bardzo dużo. Gdy ktoś trafia do szpitala, gdy trzeba podpisać dokumenty, gdy partner umiera albo gdy trzeba przejąć wspólne mieszkanie, nie liczą się deklaracje ideowe. Liczy się to, czy druga osoba jest prawnie widziana. Właśnie tutaj projekt ma największy sens praktyczny.
Jest jeszcze jeden ważny detal: ta ustawa nie tworzy jednego sztywnego modelu dla wszystkich par. Chodzi raczej o ramę prawną, która zabezpiecza podstawy, a część rozwiązań pozwala ułożyć w samej umowie. To daje elastyczność, ale też sprawia, że warto bardzo uważnie czytać, czego dokładnie projekt nie obejmuje. I to jest temat następnej sekcji.
Czego ten projekt nie daje i gdzie kończy się kompromis
Największym błędem w ocenie tej ustawy jest utożsamianie jej z małżeństwem pod inną nazwą. To nie jest ten poziom ochrony ani ten zakres instytucji. Projekt Kotuli ma realnie poprawić sytuację osób żyjących w związku nieformalnym, ale nie zrównuje tych związków z małżeństwem. I właśnie na tym polega kompromis, który ma umożliwić większość parlamentarną.
| Obszar | Projekt Kotuli | Małżeństwo |
|---|---|---|
| Zawarcie | Umowa u notariusza, potem rejestracja w USC | Ślub cywilny lub religijny ze skutkami cywilnymi |
| Dziedziczenie | Dziedziczenie testamentowe i wybrane zabezpieczenia ustawowe | Pełniejsza ochrona ustawowa małżonków |
| Dzieci | Bez regulacji adopcji i bieżącej pieczy nad dzieckiem | Pełne ramy prawa rodzinnego |
| Zakres ochrony | Minimalny, ale praktyczny pakiet zabezpieczeń | Szersza instytucja prawa rodzinnego i majątkowego |
To właśnie brak rozwiązań dotyczących dzieci najbardziej pokazuje granice kompromisu. W wersji politycznie „do przejścia” wycięto tematy, które najmocniej rozgrzewają spór światopoglądowy. Dla jednych to zbyt mało, dla innych jedyny realny sposób, by ruszyć sprawę po latach impasu. Z mojego punktu widzenia to uczciwy, choć wyraźnie ograniczony model: daje bezpieczeństwo, ale nie zamyka wszystkich dyskusji. A skoro kompromis jest tak ważny, trzeba zobaczyć, na jakim etapie jest cała procedura.

Na jakim etapie są prace w 2026 roku
Według komunikatu Gov.pl projekt został przyjęty przez rząd 30 grudnia 2025 roku, a 12 lutego 2026 odbyło się jego pierwsze czytanie w Sejmie. To oznacza, że nie mamy już do czynienia z samą zapowiedzią, tylko z realnym procesem legislacyjnym. Dla czytelnika ważne jest jednak coś jeszcze: samo przejście przez rząd nie kończy sprawy. W polskim systemie to dopiero początek trudniejszej części.
- Etap rządowy - projekt został przyjęty i skierowany do Sejmu.
- Pierwsze czytanie - Sejm rozpoczął procedowanie i skierował projekt do dalszych prac.
- Prace komisji - tutaj zwykle pojawiają się poprawki i polityczne negocjacje.
- Drugie i trzecie czytanie - to moment, w którym widać faktyczny układ sił.
- Senat i podpis prezydenta - bez tych etapów ustawa nie zacznie obowiązywać.
W praktyce właśnie na etapie komisji najczęściej zapadają rozstrzygnięcia, które potem decydują o tym, czy ustawa przechodzi bez większych strat, czy zostaje osłabiona kolejnymi poprawkami. Dlatego nie warto mylić „projekt jest już w Sejmie” z „ustawa jest gotowa”. To nadal proces, a nie finał. I ten proces ma mocny wymiar polityczny, nie tylko prawny.
Dlaczego Lewica traktuje tę ustawę jako test wiarygodności
Patrzę na ten projekt jak na papier lakmusowy całej lewicowej agendy w rządzie. Dla Lewicy to nie jest wyłącznie temat obyczajowy. To sprawdzian, czy partia potrafi przejść od deklaracji do skutecznego dowiezienia projektu, który realnie poprawia sytuację obywateli. Właśnie dlatego Katarzyna Kotula tak mocno podkreślała, że Lewica „dowozi projekty” i że chodzi o bezpieczeństwo, a nie o polityczne pozy.
Dla koalicji ten temat jest jeszcze bardziej złożony. PSL od początku próbował złagodzić przekaz i odsunąć skojarzenia z równością małżeńską, a Lewica musiała zdecydować, czy ważniejsza jest pełna wersja postulatu, czy możliwość uchwalenia czegokolwiek. W praktyce wygrała strategia kompromisu. To nie oznacza, że spór zniknął. Oznacza tylko tyle, że strony uznały, iż lepiej przyjąć rozwiązanie ograniczone niż nadal stać w miejscu.
Jest też wymiar symboliczny. Jeśli ta ustawa przejdzie, będzie sygnałem, że w polskiej polityce można jeszcze regulować sprawy praw człowieka bez całkowitego zamrożenia przez spór ideologiczny. Jeśli utknie, Lewica straci jeden z najmocniejszych dowodów na sprawczość w rządzie. Właśnie dlatego ten projekt nie jest zwykłym aktem prawnym, ale testem zdolności do rządzenia. A dla czytelnika najważniejsze pozostaje pytanie praktyczne: co z tego wynika dla zwykłych par i dla państwa?
Co ten projekt zmienia w praktyce dla par i dla państwa
Największa wartość tej ustawy leży w tym, że sprowadza bardzo emocjonalny spór do obszaru konkretów. Dla par żyjących bez ślubu oznacza to przede wszystkim mniej niepewności w sytuacjach kryzysowych. Dla państwa - szansę na uporządkowanie obszaru, który od lat był regulowany fragmentarycznie, albo w ogóle nie był regulowany.
- Jeśli ktoś żyje w związku nieformalnym, zyskuje szansę na większą przewidywalność w szpitalu, urzędzie i sprawach majątkowych.
- Jeśli ktoś liczy na pełną równość małżeńską, ten projekt jeszcze jej nie daje, więc oczekiwania trzeba ustawić realistycznie.
- Jeśli ktoś śledzi politykę, powinien patrzeć nie tylko na samą ustawę, ale też na poprawki w komisji, bo tam może zapaść najważniejszy kształt kompromisu.
- Jeśli ktoś ocenia projekt wyłącznie przez pryzmat nazw, łatwo przegapi jego praktyczny sens, a ten właśnie jest tutaj najistotniejszy.
Na dziś najuczciwszy wniosek jest prosty: to nie jest jeszcze gotowe prawo, ale jest to najdalej zaawansowana próba uporządkowania sytuacji par nieformalnych w Polsce od lat. Jeśli projekt utrzyma obecny zakres, będzie ważnym krokiem w stronę większego bezpieczeństwa prawnego. Jeśli zostanie jeszcze bardziej osłabiony, pozostanie głównie politycznym symbolem. Właśnie dlatego warto śledzić ten temat do końca, bo od szczegółów legislacyjnych zależy tu więcej, niż na pierwszy rzut oka widać.