Na pytanie, jak Konfederacja planuje walczyć z rozrostem biurokracji w Polsce, odpowiedź nie sprowadza się do jednego hasła, tylko do całego pakietu działań: prostszych przepisów, twardszej deregulacji i ograniczenia nowych obowiązków dla firm. W praktyce ugrupowanie łączy sprzeciw wobec rozbudowy administracji z naciskiem na cyfryzację, ale tylko wtedy, gdy naprawdę skraca ona kontakt z urzędem, a nie dokłada kolejny system do obsługi. To ważne zwłaszcza dla przedsiębiorców, którzy na własnej skórze widzą, że koszt biurokracji rzadko kończy się na jednym formularzu.
Konfederacja chce mniej przepisów, prostszych podatków i mniej obowiązkowych systemów dla firm
- W oficjalnym programie stawia na wolny rynek, deregulację gospodarki oraz niskie i proste podatki.
- Najmocniej uderza w obowiązkowe systemy raportowe, takie jak KSeF, które uważa za kosztowne i ryzykowne.
- Chce odchudzić administrację, ograniczać zbędne urzędy i zmniejszać uznaniowość państwa.
- Popiera cyfryzację sądów i urzędów, ale tylko wtedy, gdy faktycznie skraca procedury.
- Za realny problem uznaje też dokładanie w Polsce dodatkowych obowiązków ponad unijne minimum.
Na czym opiera się antybiurokratyczny kurs Konfederacji
Gdy rozkładam ten temat na czynniki pierwsze, widzę trzy filary. Pierwszy to klasyczna deregulacja: mniej nakazów, mniej zakazów i mniej wyjątków. Drugi to uproszczenie podatków i składek, bo dla przedsiębiorcy biurokracja zaczyna się często już tam, gdzie państwo wymaga kolejnego raportu, deklaracji albo dodatkowego potwierdzenia. Trzeci filar to odchudzanie samej administracji, czyli mniej zbędnych struktur, agencji i stanowisk, które nie poprawiają jakości usług, a jedynie zwiększają koszty systemu.
W oficjalnej „Konstytucji Wolności” Konfederacja mówi wprost o wolnym rynku, deregulacji gospodarki oraz niskich i prostych podatkach. To ważne, bo pokazuje, że dla tego ugrupowania walka z biurokracją nie kończy się na estetyce urzędów czy skróceniu kolejek. Chodzi o zmianę logiki działania państwa: obywatel i firma mają dostać możliwie prostą ścieżkę, a nie być zmuszani do obchodzenia kolejnych barier. Z tej perspektywy biurokracja to nie tylko liczba urzędników, ale też sposób pisania prawa, tempo jego wdrażania i zakres kontroli nad codziennym życiem gospodarczym.
W praktyce ta narracja ma też drugi wymiar: większą przejrzystość. Konfederacja krytykuje rozwiązania, które utrudniają śledzenie procesu legislacyjnego lub przesuwają więcej decyzji do centrali. To nie jest detal, bo im mniej jawne reguły, tym łatwiej o uznaniowość, a ta zwykle rodzi kolejną warstwę formalności. To prowadzi do pytania, jakie dokładnie narzędzia ugrupowanie stawia dziś na pierwszym planie.
Jakie konkretne narzędzia pojawiają się dziś najczęściej
Najbardziej praktyczne postulaty można dziś opisać wprost, bez politycznego dymu. Widać tu kilka stałych motywów: mniej obowiązkowych systemów dla firm, więcej elektronicznego obiegu dokumentów, uproszczenie procedur administracyjnych i sądowych oraz ograniczenie nadmiarowych struktur państwa. To nie są pomysły z jednej konferencji, tylko powtarzalne elementy komunikacji ugrupowania.
| Postulat | Co zmienia | Dlaczego to ważne | Gdzie są ograniczenia |
|---|---|---|---|
| Dobrowolny KSeF | Zamiast przymusu państwo zostawia system tym firmom, które chcą z niego korzystać. | Dotyczy około 2 mln przedsiębiorców i bezpośrednio obniża koszt wdrożenia po stronie firm. | Dobrowolność nie rozwiązuje problemu tam, gdzie potrzebna jest pełna standaryzacja danych. |
| Ograniczenie zbędnych urzędów i agencji | Zmniejsza liczbę struktur, które tylko powielają zadania i generują kolejne procedury. | Uderza w źródło biurokracji, a nie tylko w jej objawy. | Samo cięcie etatów nie wystarczy, jeśli przepisy pozostają tak samo złożone. |
| Prostsze podatki i składki | Ma zmniejszyć liczbę formalności i barier przy prowadzeniu firmy. | Najbardziej odczują to MŚP, które najmniej dobrze znoszą skomplikowane raportowanie. | Radykalne uproszczenie wymaga przebudowy wielu ustaw naraz. |
| Cyfrowe sądy i doręczenia | Dokumenty mają krążyć szybciej, a procesy mają trwać krócej. | To jeden z nielicznych obszarów, gdzie technologia realnie może skrócić postępowanie. | Cyfryzacja pomaga tylko wtedy, gdy jest dobrze wdrożona i nie tworzy nowych wyjątków. |
| Ograniczanie goldplatingu | Usuwa polskie nadmiarowe wymogi dokładane ponad unijny standard. | To często właśnie one najbardziej komplikują życie firmom. | Nie każde wdrożenie prawa UE da się uprościć bez konfliktu z innymi przepisami. |
W tym zestawie widać rzecz najważniejszą: Konfederacja nie mówi wyłącznie „mniej państwa”, ale próbuje to przełożyć na konkretne obszary codziennego działania firm. Najbardziej czytelny test brzmi więc tak: czy nowe prawo zabiera obowiązek, czy tylko przenosi go z papieru do komputera. I właśnie tu najlepiej widać spór o KSeF.

Dlaczego Konfederacja atakuje KSeF i podobne obowiązki
Na początku 2026 roku Konfederacja bardzo mocno weszła w temat KSeF, czyli Krajowego Systemu e-Faktur. Ugrupowanie domagało się wstrzymania obowiązkowego wdrożenia i złożyło projekt, który przewiduje dobrowolność systemu dla mikro, małych i średnich przedsiębiorców. W ich ocenie problem nie polega na samej cyfryzacji faktur, tylko na tym, że państwo chce uczynić z jednego systemu obowiązkowy filtr dla całej gospodarki.
To podejście ma dwa twarde argumenty. Pierwszy to koszt i tempo wdrożenia: dla małej firmy każda zmiana systemowa oznacza czas, pieniądze i ryzyko błędu. Drugi to bezpieczeństwo i centralizacja danych. Konfederacja ostrzega, że jeśli wszystko trafia do jednego punktu, rośnie znaczenie awarii, pomyłki albo ataku na infrastrukturę. W praktyce taki system może ułatwiać administracji kontrolę, ale dla przedsiębiorcy bywa po prostu kolejną warstwą obowiązków.
Podobny mechanizm widać w sprzeciwie wobec systemu SENT. Tam także pojawia się argument, że rozwiązanie zaprojektowane jako wsparcie kontroli obrotu w praktyce dokłada przedsiębiorcom dodatkowe czynności i nie zawsze przynosi proporcjonalną korzyść. Dla Konfederacji to ważny przykład szerszego problemu: państwo często odpowiada na własny brak zaufania wobec firm kolejnymi formularzami, a nie lepszym prawem. To prowadzi do kolejnego pytania: czy sama cyfryzacja w ogóle rozwiązuje problem biurokracji.
Deregulacja nie zawsze oznacza cyfryzację
To jeden z najczęstszych błędów w publicznej debacie. Wiele osób zakłada, że jeśli coś jest elektroniczne, to automatycznie jest prostsze. Nie zawsze tak jest. Cyfrowy formularz może uprościć życie, jeśli zastępuje pięć innych obowiązków. Ale jeśli dokładamy nowy system obok starych, a do tego wymagamy zgód, logowań, integracji i okresowych aktualizacji, to obywatel nie zyskuje ulgi, tylko nowy zestaw problemów.
Konfederacja próbuje ten rozdźwięk wyłapać. W swoich materiałach od lat łączy cyfryzację z odformalizowaniem procedur. Widać to choćby w propozycjach dotyczących sądów: elektroniczne doręczenia, racjonalizacja postępowań dowodowych czy uproszczenie języka uzasadnień. To sensowny kierunek, bo technologia ma tu pomóc w skróceniu procedury, a nie tylko w przeniesieniu papieru do systemu. Właśnie dlatego cyfryzacja jest użyteczna dopiero wtedy, gdy jest projektowana jako realne uproszczenie.
Podobnie jest z pojęciem goldplatingu, czyli dokładania w Polsce dodatkowych obowiązków ponad minimalny standard unijny. W praktyce to jeden z najdroższych sposobów tworzenia biurokracji, bo firmy nie tylko muszą spełnić wymogi prawa, ale jeszcze wersję „plus”, napisaną lokalnie. Jeśli Konfederacja uderza w ten mechanizm, to robi to nie z powodów estetycznych, lecz z bardzo prostego interesu gospodarczego: mniej nadmiarowych reguł oznacza niższy koszt działania. Tylko że tu pojawia się granica, o której trzeba mówić uczciwie.
Gdzie ten plan może zadziałać, a gdzie ma granice
Największą szansę na sukces mają te obszary, w których biurokracja rzeczywiście jest zbędnym dodatkiem: proste sprawy gospodarcze, doręczenia, powtarzalne wnioski, część obowiązków sprawozdawczych i procedury, które od lat obrastają kolejnymi wyjątkami. Tam odchudzenie systemu daje szybki efekt, bo przedsiębiorca lub obywatel od razu odczuwa mniej kliknięć, mniej papierów i mniej czekania.
Trudniej będzie tam, gdzie państwo chce jednocześnie uprościć system i zachować pełną kontrolę. KSeF jest tu dobrym przykładem. Można chcieć większej standaryzacji obrotu, ale jeśli koszt wdrożenia jest wysoki, a system budzi obawy o bezpieczeństwo danych, to opór biznesu jest przewidywalny. Podobnie z administracją: samo ograniczenie liczby stanowisk nie wystarczy, jeśli proces decyzyjny nadal będzie rozpisany na zbyt wiele kroków. Innymi słowy, odchudzenie państwa działa wtedy, gdy zmienia się logika pracy urzędu, a nie tylko jego rozmiar.
Jest jeszcze jedna granica, o której mało kto mówi wprost: państwo nie może zniknąć z obszarów, gdzie potrzebne są kontrole, bezpieczeństwo i ład prawny. Problem nie polega na tym, żeby usunąć każdy nadzór, tylko żeby nadzór nie przerodził się w automatyczne podejrzewanie wszystkich o nadużycie. To rozróżnienie jest kluczowe, bo bez niego każda deregulacja kończy się sporem ideologicznym zamiast praktycznym efektem. I właśnie dlatego warto patrzeć na hasła o odchudzaniu państwa przez pryzmat kilku prostych testów.
Jak odróżnić realną deregulację od politycznego sloganu
Jeśli mam wskazać jeden zdrowy filtr, to jest nim pytanie, czy po zmianie naprawdę znika obowiązek, czy tylko zmienia się jego opakowanie. Realna deregulacja usuwa podwójne raportowanie, skraca terminy, ogranicza liczbę wymaganych decyzji i daje firmie przewidywalność. Slogan zaczyna się tam, gdzie polityk obiecuje uproszczenie, a w efekcie dorzuca nową platformę, nowy formularz albo kolejny wyjątek od wyjątku.
- Jeśli system jest dobrowolny, część firm wdroży go z własnej woli, a państwo zobaczy, czy naprawdę przynosi korzyść.
- Jeśli procedura jest krótsza, obywatel ma mniej punktów styku z urzędem i mniej okazji do błędu.
- Jeśli prawo jest stabilniejsze, przedsiębiorca może planować inwestycje bez strachu, że za trzy miesiące zmieni się kolejny obowiązek.
- Jeśli znika goldplating, firmy przestają płacić za krajowe nadmiarowe interpretacje unijnych przepisów.
Dlatego odpowiedź na pytanie o biurokrację nie brzmi „więcej aplikacji” ani „mniej urzędników” w prostym sensie. W przypadku Konfederacji chodzi raczej o próbę przesunięcia ciężaru z państwa na obywatela w drugą stronę, czyli o odebranie administracji części narzędzi, które same z siebie produkują kolejne formalności. Jeśli taki plan miałby działać, musi jednocześnie uprościć prawo, ograniczyć przymus i nie zastępować jednego biurokratycznego mechanizmu drugim. To właśnie od tego zależy, czy hasło o odchudzeniu państwa zostanie polityczną deklaracją, czy faktyczną zmianą dla firm i zwykłych ludzi.
